Artykuł z numeru:
  • Czerkaszyna
  • Adamczak
  • Castorf
Gazeta Teatralna
nr 155
luty 2020
Diabły, fot. Steve Tanner
  • Milo Rau: przewodnik
  • Teatr polityczny Eleonory Kalkowskiej
  • Publiczność w wirtualnej rzeczywistości
repertuar

Warzywko

Instytut Sztuk Performatywnych w Warszawie

Po prostu

reżyseria i adaptacja: Weronika Szczawińska, tekst: Piotr Wawer senior, koncepcja: Weronika Szczawińska, Łukasz Stawarczyk, Piotr Wawer sen., kostiumy i przestrzeń: Marta Szypulska, nagranie głosu: Piotr Wawer jr, premiera: Komuna// Warszawa, 24 października 2019

Piotr Wawer senior i Łukasz Stawarczyk
Piotr Wawer senior i Łukasz Stawarczyk; fot. Rafał Paradowski

Walka jednostek z systemem i biurokracją to motyw dobrze znany zarówno z rozmaitych – często bardzo od siebie odległych – tekstów kultury, jak i z życia codziennego. Problemy osób oszukanych przez skomplikowane procedury od kilkudziesięciu lat naświetla Elżbieta Jaworowicz w obrosłym legendą, emitowanym w Telewizji Polskiej od lat osiemdziesiątych, programie publicystycznym Sprawa dla reportera. Na gruncie literatury kwestie te podejmował chociażby Franz Kafka w Procesie czy George Orwell w 1984. Również kinematografia chętnie sięga po ten temat – wystarczy przywołać niedawny film w reżyserii Benedikta Erlingssona Kobieta idzie na wojnę lub nagrodzony parę lat temu Złotą Palmą w Cannes obraz Kena Loacha Ja, Daniel Blake. W tę długą, rozległą i niejednorodną tradycję można wpisać również najnowszy spektakl w reżyserii Weroniki Szczawińskiej, Po prostu, którego premiera zainaugurowała działalność Instytutu Sztuk Performatywnych w nowej formule. Wybór kameralnego dramatu opartego na autobiograficznych wspomnieniach Piotra Wawra seniora jest symptomatyczny: zdradza programową chęć członkiń i członków nowo powstałego kolektywu (Michała Buszewicza, Marty Keil, Grzegorza Reske, Anny Smolar, Weroniki Szczawińskiej i Piotra Wawra juniora) skierowania się, w ramach swojej działalności, ku minimalistycznym, intymnym narracjom. InSzPer – jak można przeczytać w internetowej witrynie organizacji – powstał, aby umożliwić artystkom i artystom „interdyscyplinarny i międzynarodowy rozwój sztuki aktywnej społecznie. Celem InSzPer jest stworzenie przestrzeni dla artystycznej pracy, która pozostaje wolna od instytucjonalnej przemocy i rozwija praktyki zero waste w sferze kultury”1.

Spektakl pokazywano gościnnie w Komunie// Warszawa, lecz nie na głównej scenie, a w skromnej sali na poddaszu. Przestrzeń (za którą odpowiadała Marta Szypulska) wypełniało kilkadziesiąt krzeseł ustawionych w kręgu, przywodzących na myśl aranżacje grupowych sesji terapeutycznych – choć należy zaznaczyć, że Po prostu nie jest próbą wspólnego przepracowania traumatycznych wspomnień, a raczej kameralną opowieścią o walce jednostki ze zhierarchizowaną instytucją oraz o mechanizmach działania pamięci. Napisany w 2018 roku – traktujący o wydarzeniach sprzed kilkudziesięciu lat – dramat Wawra seniora przewidziany jest na trzy postacie (Morliński, Krystyna, Piotr), lecz twórczynie i twórcy zdecydowali się do tego przedsięwzięcia zaangażować dwóch aktorów: autora tekstu oraz Łukasza Stawarczyka. Mężczyźni odgrywają bohaterów i bohaterkę na przemian, a zmiany niuansują drobnymi gestami. Dla przykładu, kwestie pielęgniarki Krystyny są wypowiadane z dłońmi wspartymi na biodrach, a lekarza Morlińskiego – z rękami w kieszeniach. Wawer senior i Stawarczyk korzystają przy tym z rozległego repertuaru swoich umiejętności, takich jak modulacja głosu czy mniej lub bardziej ekspresyjna gestyka, co sprawia, że oprócz śledzenia akcji zyskujemy możliwość przyglądania się międzypokoleniowej aktorskiej potyczce; warto wspomnieć, że żadna z tych strategii interpretacyjnych nie jest przez Szczawińską nobilitowana, lecz z czułością naświetlana i rozmontowywana na czynniki pierwsze. Chociaż w Po prostu ciekawsze wydało mi się coś innego, a mianowicie zobrazowanie opresyjności systemu, próba sproblematyzowania kłopotliwej pozycji kobiet w obrębie tej bezdusznej machiny oraz odsłonięcie pragmatyczno-fizjologicznego wymiaru rodzicielstwa, a ściślej: tacierzyństwa.

Zacznijmy jednak od początku, czyli od historii pewnego haniebnego zaniedbania. Podczas dyżuru w bródnowskim szpitalu ginekolog Morliński spędzał upojne chwile w towarzystwie kochanki. W tym czasie jego pacjentka Anna (żona Piotra) dostała krwotoku macicznego, a pompa, do której była podłączona, wyłączyła się na kilkanaście minut, wskutek czego doszło do zatrzymania podstawowych funkcji życiowych i parę miesięcy później kobieta zmarła. Te wydarzenia stały się punktem wyjścia iście sensacyjnej mistyfikacji – żeby nie splamić dobrego imienia lekarza oraz placówki medycznej, w której był zatrudniony, należało dokonać szeregu przesunięć (np. zmienić datę urodzin noworodka na późniejszą) mających na celu zamaskowanie prawdziwej przyczyny komplikacji. Morliński włożył mnóstwo energii w zatuszowanie sprawy – poszukiwał wsparcia u wpływowych sojuszników, a także szantażował pielęgniarkę Krystynę. Przemocowość położnika ujawniała się nie tylko w jego działaniach, ale również na płaszczyźnie językowej. Kobiety definiował on za pomocą takich określeń jak: „warzywko”, „żonka”, „cipa”, „mądra dziewczynka” czy „maleńka”, ustanawiając tym samym granicę – zakorzenioną w szkodliwym dla obu płci patriarchalnym paradygmacie – między podległym, emocjonalnym, definiowanym przez braki podmiotem (przedmiotem?) żeńskim a dominującym, odważnym, umiejącym walczyć o przetrwanie podmiotem męskim. I chociaż ostatecznie prawda o niedbalstwie lekarza wyszła na jaw, a Morliński został skazany na trzy lata pozbawienia wolności za nieumyślne spowodowanie śmierci, to dzięki amnestii Jaruzelskiego lekarz nie spędził w areszcie ani chwili, a po wszystkim przełożeni skierowali go do pracy w afrykańskiej placówce, gdzie jego pensja była kilkakrotnie wyższa niż ta, jaką otrzymywał w kraju. Sceny ze szpitala przerywane są intymnymi opowiastkami Piotra o pierwszym spotkaniu z Anną czy o desperackich próbach ratowania żony przy pomocy najróżniejszych specjalistów, od bioenergoterapeutów aż po wróżkę, za których nadzwyczajne umiejętności należało – zgodnie z zasadami rynku – sowicie płacić. Mężczyzna wspomina też, jak próbował poradzić sobie ze śmiercią partnerki, opieką nad noworodkiem, do której nie był przygotowany, czy z koniecznością utrzymania siebie i pierworodnego dzięki roznoszeniu mleka. Odważnie i otwarcie nakłuwa metafizyczno-transgresyjną bańkę rodzicielstwa, mówiąc o tym doświadczeniu w kategoriach lęku, porażki, niewystarczalności czy zwątpienia, a także – co szczególnie dotkliwe – początkowego braku miłości do potomka.

Każdą sekwencję poprzedzają odczytywane głośno przez aktorów didaskalia. Słowa „oświetlenie pełne, jasne” są zarezerwowane dla wątków prywatnych, natomiast określenie „w ciemności” dotyczy fragmentów rozgrywających się w szpitalu. Ten prosty zabieg zwraca uwagę na kwestie dotyczące wątpliwej transparentności działań pracownic i pracowników instytucji publicznych oraz na ich konsekwencje, które bezpośrednio dotykają osób funkcjonujących poza ich granicami.

Udało się uniknąć ckliwego sentymentalizmu, którego wplecenie w struktury dramaturgiczne w przypadku adaptacji biograficznego dramatu opartego na bolesnych wspomnieniach wydaje się, jeśli nie kuszące, to przynajmniej łatwe. Po prostu, mimo widocznego zwrotu ku opowiadaniu historii, nie jest spektaklem aspirującym do podszytej psychologizacją i podlanej patosem narracji, lecz przeciwnie: z wykorzystaniem prostych strategii artystycznych, z dużą dawką czułości, a także szacunku opowiada o traumatycznych wydarzeniach, które po wielu latach wciąż porażają intensywnością i nie trzeba ich dodatkowo podbijać poprzez wyszukane środki teatralnego wyrazu. Bo o ile podczas całego przedstawienia Wawer senior i Stawarczyk próbują między sobą rywalizować na aktorskie interpretacje, o tyle w finale schodzą ze sceny, pozostawiając publiczność wyłącznie z płynącym z głośnika spokojnym, męskim głosem Piotra Wawra juniora. I mnie to w zupełności wystarcza – po prostu.

Poprzedni artykuł
Z Szymonem Adamczakiem rozmawia Katarzyna Waligóra
Następny artykuł